Rozalin – między emocjami a faktami.

Jak naprawdę wyglądała sprawa psów?

Pisaliśmy już wcześniej o psach z Rozalina. Staraliśmy się nakreślić problem tak jak on wyglądał.
Jednak w ostatnim czasie pojawiło się ponownie wiele informacji dotyczących sytuacji psów przebywających na jednej z posesji w Rozalinie. W części publikacji i komentarzy sprawę przedstawiono bardzo emocjonalnie i jednostronnie, w niektórych pojawiły się zarzuty wobec Gminy Nowa Dęba, burmistrza i jego zastępcy oraz pracowników Urzędu. Wszyscy zasługujemy na pełny obraz sytuacji, dlatego warto przedstawić fakty, które w dotychczasowych publikacjach często były pomijane.

Sprawa trwała od wielu lat

Problem psów w Rozalinie nie powstał w ostatnich miesiącach. Z informacji, które udało się nam ustalić, wynika, że był znany już około 10 lat temu. Wiedziało o nim wiele osób, nie tylko mieszkańcy Rozalina czy osoby zajmujące się ochroną zwierząt. Mimo upływu lat nie udało się jednak znaleźć rozwiązania, które pozwoliłoby problem skutecznie zakończyć.

Na przełomie maja i czerwca tego roku sprawa stała się bardzo głośna, a w rozwiązanie sprawy zaangażowało się wiele osób. Wśród nich był także zastępca burmistrza Marek Kopeć. Piszemy o tym, ponieważ także dzięki jego zaangażowaniu podjęto szereg działań by przede wszystkim ograniczyć liczbę psów, zatrzymać ich niekontrolowane rozmnażanie oraz uporządkować kwestie szczepień i opieki weterynaryjnej. Na początku sierpnia sytuacja została w znacznej mierze opanowana: liczba psów została ograniczona do około 12, suki zostały wysterylizowane, dzięki czemu zatrzymano dalsze rozmnażanie, a szczepienia zostały uzupełnione. To pokazuje, że przy współpracy i dobrej woli można było skutecznie ograniczyć problem, który narastał przez wiele lat.

To są psy prywatne, a nie bezdomne

Jedną z najważniejszych kwestii jest status tych zwierząt. Psy znajdujące się na posesji w Rozalinie były związane z konkretnym właścicielem. Nie były więc typowymi zwierzętami bezdomnymi, za które z mocy ustawy odpowiada gmina. Zadaniem własnym gminy jest przede wszystkim opieka nad zwierzętami bezdomnymi oraz zapobieganie bezdomności zwierząt, realizowane w ramach obowiązujących przepisów i przyjętego programu. Nie oznacza to oczywiście, że gmina ma pozostawać obojętna na sytuację zwierząt prywatnych. Z uzyskanych informacji wynika, że w tej sprawie wielokrotnie podejmowała działania pomocowe. Trzeba jednak odróżnić pomoc właścicielowi i zwierzętom od przejęcia przez gminę obowiązków właściciela. To właściciel odpowiada za zapewnienie zwierzętom właściwej opieki, karmienia, leczenia i wykonywanie obowiązków wynikających z przepisów prawa. Gmina nie może natomiast automatycznie finansować wszystkich potrzeb dotyczących prywatnych zwierząt, ponieważ każda złotówka publiczna musi mieć podstawę prawną i być wydana zgodnie z określonym celem.
Nie można również utożsamiać obowiązku gminy w zakresie zapobiegania bezdomności zwierząt z prawem do dowolnego przejmowania prywatnych zwierząt. Gmina działa w granicach przyznanych jej kompetencji, a odebranie zwierzęcia właścicielowi jest szczególnym środkiem przewidzianym w ustawie o ochronie zwierząt i wymaga spełnienia określonych przesłanek.

Warto również zauważyć, że właściciel nie mieszkał sam. Na posesji przebywał również jego brat, który w przeszłości pełnił funkcję radnego gminnego. Oczywiście wiek i sytuację życiową obu panów należy brać pod uwagę, ale trudno przyjąć założenie, że odpowiedzialność za prywatne zwierzęta może zostać całkowicie przeniesiona na samorząd.

A gdzie w tym wszystkim jest odpowiedzialność właściciela?

W całej tej historii nie można pominąć jeszcze jednej kwestii – odpowiedzialności właściciela za sytuację, która przez lata narastała. Nie chodzi o przypisywanie mu zarzutów, których nie potwierdzają ustalenia, ani o karanie dla samego karania. Jeżeli nie ma podstaw do stwierdzenia znęcania się nad zwierzętami, nie należy takich zarzutów formułować.
Nie można jednak również udawać, że problem powstał sam. Brak kontroli nad rozmnażaniem, niewykonanie obowiązkowych szczepień czy niewystarczająca opieka weterynaryjna doprowadziły do sytuacji, której rozwiązaniem musieli zająć się lekarze weterynarii, pracownicy Urzędu, wolontariusze i organizacje społeczne.
I tutaj pojawia się pytanie nie tylko prawne, ale również etyczne: czy sprawiedliwe jest, aby ciężar problemu powstałego przez lata w prywatnym gospodarstwie ostatecznie ponosili przede wszystkim inni – samorząd, podatnicy i osoby niosące pomoc?
Pomoc człowiekowi znajdującemu się w trudnej sytuacji jest obowiązkiem. Nie oznacza jednak zwolnienia go z odpowiedzialności za własne decyzje i zaniechania. Dobro zwierząt wymaga działania, człowiekowi należy pomóc, ale odpowiedzialność nie powinna automatycznie przechodzić na tych, którzy przyszli problem naprawić.

Gmina nie była obojętna

Pojawiały się zarzuty, że gmina była obojętna wobec tego problemu. Z posiadanych informacji widać, że było wręcz przeciwnie. Gmina wielokrotnie próbowała pomóc w rozwiązaniu problemu, przede wszystkim poprzez działania związane ze sterylizacją suk. Jest to jedno z podstawowych narzędzi zapobiegania bezdomności zwierząt, a ustawa przewiduje możliwość ujęcia w gminnym programie planu sterylizacji lub kastracji zwierząt, przy pełnym poszanowaniu praw właścicieli. Właściciel początkowo wyrażał zgodę na takie działania. Zawierane były również uzgodnienia dotyczące czasowego przekazania suk na czas zabiegów. Jedno z takich porozumień zostało zawarte pisemnie w obecności zastępcy burmistrza i kierownika merytorycznego referatu. Ostatecznie właściciel wycofał się jednak z ustaleń. Mając na uwadze problemy z dotrzymywaniem umów przez właściciela, zastępca burmistrza zwrócił się do lekarza weterynarii o podjęcie działań w ramach jego kompetencji. Chodziło o znalezienie rozwiązania zgodnego z prawem, które pozwoliłoby zakończyć wieloletni problem.

Opinia lekarzy weterynarii

W połowie czerwca odbyło się spotkanie z lekarzami weterynarii właściwymi dla sprawy. Była to przede wszystkim rozmowa merytoryczna dotycząca zdrowia i dobrostanu zwierząt. W toku tych działań wskazywano przede wszystkim na niekontrolowane rozmnażanie oraz brak wymaganych szczepień. Podejmowane były również wcześniejsze działania mające skłonić właściciela do wykonania obowiązkowych szczepień, jednak nie przynosiły oczekiwanego rezultatu. Nie oznacza to jednak, że można mówić o znęcaniu się przez właściciela nad zwierzętami czy ich głodzeniu. Tak poważne stwierdzenia muszą mieć oparcie w odpowiednich ustaleniach i dokumentacji. Problem dotyczył przede wszystkim wieloletniego braku właściwego rozwiązania kwestii rozmnażania, szczepień oraz opieki weterynaryjnej w przypadku zwierząt wymagających leczenia.

Szczepienia – rzeczywisty problem, ale wymagający proporcji

W przestrzeni publicznej pojawiły się informacje o ogromnym zagrożeniu wynikającym z braku szczepień wszystkich psów. Obowiązek szczepienia psów przeciwko wściekliźnie jest oczywiście rzeczywisty i bardzo ważny. Nie należy jednak przedstawiać każdego przypadku braku szczepienia jako bezpośredniego zagrożenia epidemiologicznego dla całej miejscowości. Jak ustaliliśmy ryzyko ocenia się przez dwa podstawowe elementy: prawdopodobieństwo wystąpienia zdarzenia oraz skutki jego wystąpienia. Dlatego problem szczepień należało potraktować poważnie i doprowadzić do ich uzupełnienia – i właśnie to zostało zrobione. Nie oznacza to jednak, że odpowiedzialne jest budowanie atmosfery, jakoby w Rozalinie powstało nagle szczególne zagrożenie epidemiologiczne. Najważniejsze jest to, że psy zostały zaszczepione.

Czy odebranie psów byłoby najlepszym rozwiązaniem?

Odebranie zwierząt właścicielowi jest instrumentem przewidzianym w ustawie o ochronie zwierząt, ale nie jest celem samym w sobie. W określonych sytuacjach możliwe jest czasowe odebranie zwierzęcia, jednak zawsze trzeba brać pod uwagę również jego dobro. Psy te przez lata żyły stosunkowo swobodnie na posesji. Nie były to zwierzęta wychowywane w domu, śpiące z właścicielem w łóżku czy przyzwyczajone do typowego życia rodzinnego. W dużej mierze funkcjonowały w stadzie i miały ograniczony kontakt z człowiekiem. Odebranie ich właścicielowi i zamknięcie w kojcach nie musi więc automatycznie oznaczać poprawy ich jakości życia. Ze względu na ich charakter i dotychczasowy sposób funkcjonowania znalezienie im nowych domów mogłoby być bardzo trudne. Istniałoby realne ryzyko, że część z nich resztę życia spędziłaby w kojcach schroniska. Dlatego trzeba pytać nie tylko: „czy możemy odebrać zwierzęta?”, ale również „czy w konkretnych okolicznościach będzie to rzeczywiście najlepsze rozwiązanie dla tych zwierząt?”

Koszty również mają znaczenie

W przypadku prawnego odebrania zwierząt gmina musi zapewnić im odpowiednie miejsce oraz ponosić koszty transportu, utrzymania i koniecznego leczenia, przy czym przepisy nakazują obciążyć tymi kosztami właściciela. W praktyce sytuacja ekonomiczna właściciela również ma znaczenie. Obciążenie osoby o bardzo niskich dochodach kosztami utrzymania kilkunastu zwierząt może doprowadzić do jej faktycznego bankructwa, a problemy społeczne tej osoby mogą następnie wrócić do gminy w postaci kolejnych obowiązków z zakresu pomocy społecznej. Odpowiedzialne zarządzanie gminą wymaga więc patrzenia na problem szerzej niż tylko przez jeden przepis czy jedno rozwiązanie.

Nie można pominąć zaangażowania wolontariuszy i organizacji

Nie można pominąć zaangażowania wolontariuszy, osób prywatnych i organizacji działających na rzecz zwierząt. Były osoby, które poświęcały swój czas, organizowały transport, pomoc weterynaryjną, karmę czy szukały miejsc dla psów. Za taką pomoc należy się wielkie podziękowanie. Bez ludzi dobrej woli rozwiązanie problemu byłoby z pewnością znacznie trudniejsze. Trzeba jednak powiedzieć również drugą część tej historii. Nie zabrakło też osób, które uważały, że pomoc może polegać wyłącznie na nagłaśnianiu problemu i oczekiwaniu, że całą odpowiedzialność za jego rozwiązanie przejmie samorząd. Gmina ma swoje ustawowe zadania, ale ma również prawne ograniczenia dotyczące ingerowania w prywatną własność i wydatkowania środków publicznych. Organizacje społeczne i wolontariusze mają możliwości, których samorząd nie posiada w takim zakresie – mogą organizować zbiórki, pozyskiwać prywatnych darczyńców, zapewniać domy tymczasowe czy angażować ludzi gotowych bezpośrednio zaopiekować się zwierzętami. Samorząd natomiast każdą wydaną złotówkę musi móc rozliczyć na podstawie prawa. Dlatego zamiast stawiać gminę, wolontariuszy i organizacje po przeciwnych stronach, warto szukać modelu, w którym samorząd wykonuje swoje ustawowe zadania, a osoby i organizacje działające na rzecz zwierząt wykorzystują możliwości, których samorząd nie posiada. W przypadku Rozalina właśnie takie współdziałanie przyniosło efekty.

Najważniejsze: sytuacja została zasadniczo opanowana

W wyniku działań osób pomagających zwierzętom, pracowników Urzędu, lekarzy weterynarii oraz osób prywatnych udało się:

  • znacząco ograniczyć liczbę psów,
  • zatrzymać ich niekontrolowane rozmnażanie,
  • wysterylizować suki,
  • uzupełnić szczepienia,
  • zapewnić pomoc weterynaryjną zwierzętom, które jej wymagały,
  • uniknąć sytuacji, w której kilkadziesiąt zwierząt trafiłoby do schroniska.

I właśnie ten efekt powinien być najważniejszy. Nie chodzi o to, kto wygrał medialną dyskusję. Chodzi o to, żeby psy miały zapewnioną właściwą opiekę.

Dlaczego więc pojawiły się tak ostre zarzuty?

Trudno nie zauważyć, że eskalacja konfliktu nastąpiła w okresie, w którym w środowisku osób zajmujących się pomocą zwierzętom pojawiły się również spory dotyczące funkcjonowania gminnego przytuliska. Od lat do Urzędu wpływały różnego rodzaju uwagi dotyczące jego funkcjonowania – zarówno w okresie zatrudnienia poprzednich osób, jak i obecnie. Nie byłoby dobrze, gdyby problem konkretnych psów w Rozalinie został wykorzystany do prowadzenia szerszego sporu pomiędzy osobami zaangażowanymi w ochronę zwierząt. Wiemy, że Gmina jest gotowa współpracować z każdym, kto chce rzeczywiście pomagać zwierzętom. Nie powinniśmy jednak zgadzać się na sytuację, w której pomoc zwierzętom staje się pretekstem do konfliktów personalnych, wzajemnych oskarżeń czy walki o wpływ na funkcjonowanie gminnych jednostek.

Jak wyglądała rzeczywistość, a jak pokazano ją w materiale?

Jak nasi Czytelnicy wiedzą jesteśmy uczuleni na rzetelność informacji, dlatego trudno nam przejść obojętnie obok sposobu przedstawienia sprawy w materiale programu „Reporterzy” TVP. Wiemy, że zastępca burmistrza poświęcił na rozmowę z dziennikarką około 90 minut plus godzinną wizytę na miejscu, przedstawiając szczegółowo sytuację psów, ograniczenia prawne, wcześniejsze działania gminy oraz podejmowane próby rozwiązania problemu. Z całej rozmowy w wyemitowanym materiale wykorzystano około 20 sekund jego wypowiedzi. Samo skrócenie materiału nie byłoby oczywiście niczym nadzwyczajnym – materiał telewizyjny musi być krótki. Problemem jest jednak to, że wybrany fragment, wyrwany z szerszego kontekstu, mógł stworzyć zupełnie inne wrażenie niż to, które wynikało z całej rozmowy. Widz otrzymał bardzo uproszczony obraz sprawy, w którym łatwo było odnieść wrażenie, że gmina i jej przedstawiciele są niechętni pomocy zwierzętom. Tymczasem właśnie w tym okresie podejmowano działania, które doprowadziły do ograniczenia liczby psów, zatrzymania rozmnażania, sterylizacji i uzupełnienia szczepień. Nie oczekujemy od dziennikarzy bezkrytycznego przedstawiania stanowiska gminy. Rolą dziennikarza jest zadawać trudne pytania i kontrolować władzę. Trudne pytania wymagają jednak również pełnych odpowiedzi, a widz ma prawo otrzymać materiał pozwalający mu wyrobić sobie opinię na podstawie faktów, a nie jednego wyrwanego z kontekstu zdania.

Potrzebujemy rozwiązania systemowego

Sprawa Rozalina powinna być również lekcją na przyszłość. Potrzebujemy systemu, który pozwoli wcześniej reagować na podobne sytuacje, zanim kilkanaście psów zamieni się w kilkadziesiąt. Warto przeanalizować rozwiązania funkcjonujące w innych samorządach, w tym kompleksową współpracę miasta Tarnobrzega ze schroniskiem. Potrzebna jest współpraca gminy, lekarzy weterynarii, organizacji społecznych, schronisk i mieszkańców. Nie potrzebujemy natomiast rywalizacji o to, kto bardziej kocha zwierzęta.

Być może warto również wrócić do opłaty od posiadania psów

Jednym z możliwych instrumentów jest wprowadzenie na terenie gminy opłaty od posiadania psów. Formalnie jest to opłata lokalna, a nie podatek. Rada gminy może ją wprowadzić w drodze uchwały, ustalając jej wysokość w granicach określonych przepisami. Nie rozwiąże ona sama problemu bezdomności zwierząt, ale może być jednym z elementów systemu zwiększającego odpowiedzialność właścicieli i dającego gminie dodatkowe możliwości prawne i finansowania działań dotyczących zwierząt. Tym samym mogłaby zapobiec podobnym sytuacjom jak w Rozalinie na przyszłość.

Na koniec

W tej historii nie powinno być zwycięzców i przegranych. Powinna być natomiast odpowiedzialność – właściciela za swoje zwierzęta, samorządu za wykonywanie ustawowych zadań, lekarzy weterynarii za ocenę ich stanu, organizacji i wolontariuszy za podejmowaną pomoc. A ponad tym wszystkim powinien być szacunek dla człowieka i dobro zwierząt i szacunek dla nich. Pomoc jest naszym obowiązkiem. Nie oznacza jednak, że odpowiedzialność można przenieść na tych, którzy przyszli pomóc.

Redakcja naszanowadeba.pl

Leave a Comment